Top menu navigation

9/20/2013

Veneckie Tosty Marty




Jeden z moich (wielu) ulubionych zespołów- Akurat, śpiewał:

"Jak to się mogło stać,
że minęło już tyle lat ?

Pracuję i pracuję nie mam czasu dla siebie
Pracuję i pracuję nie mam czasu dla ciebie
Pracuję i pracuję nie mam czasu dla siebie
Pracuję i pracuję nie mam czasu

Nie mam czasu dla siebie..." 


Dokładnie. Jak to się mogło stać?
Czasem warto zwolnić. Nie latać z "wywalonym" jęzorem. Ważne jest to, co jest teraz. 
Bzdura! Ktoś krzyknie.
Też tak myślałam. Latałam z wywalonym jęzorem, żeby wszystko pogodzić. Wszystkie moje obowiązki.Czasem próbowałam zwolnić, żeby zobaczyć jak to jest. Teraz widzę, że tak naprawdę nie zwalniałam. 
Zwolnić, to korzystać z chwili. Cieszyć się nią. Powoli i w pełni z niej korzystać. Ze spokojem i bez nerwów, bez wyprzedzania myślami -"o kurcze, mam dziś wolne! co ja będę robić? Co ja muszę zrobić?"- to jest wyprzedzanie, a zwolnienie to podążanie za tym na co się ma w danej chwili ale z uwzględnieniem tego, co trzeba zrobić...
Mam za sobą pierwszy prawdziwie zwolniony poranek! Był najcudowniejszym przeżyciem!
Mimo, że miałam wiele do załatwienia, usiadłam na łóżku i zastanowiłam się- na co mam w tej chwili ochotę?

Na poranek jak w Wenecji. Kawa, tosty i poranne zaspane rozmowy przy stole.
Przygotowałam, więc sobie tosty podobne do tych, które przygotowywała nam Marta :)

wykorzystałam:

na tosty:
- jajko
- 0,5 szklanki mleka
- cukier
- odrobinę cynamonu (nie jest niezbędnym składnikiem, ja po prostu lubię cynamon)
- 4 kawałki chleba tostowego (podobno pełnoziarnistego ;) )

na obkład:
- serek a'la homogenizowany (podobny, tylko gęściejszy)
- nektarynkę
- dżem owoce leśne

oliwę z oliwek do smażenia



Jajko, mleko, cukier i cynamon połączyłam w głębokim talerzu. Obtoczyłam chleb z obydwu stron i układałam na rozgrzanej patelni i smażyłam, aż będą złote.
2 gorące kawałki posmarowałam serkiem, na którym ułożyłam nektarynki, a pozostałe 2 dżemem. 

I gotowe :) 






Szybki, a jaki wspaniały początek dnia!
Życzę Wam żebyście znaleźli czasem dzień, który możecie rozpocząć w równie przyjemny sposób!


9/12/2013

Pesto szpinakowe






Ostanie dni w aktualnym mieszkanku… Trzeba wymieść lodówkę. Za dużo w niej nie ma. 
Był szpinak! Oczywiście, że był szpinak. Wciąż jest. 
Myślałyśmy nad obiadem długo, aż w końcu mnie olśniło

– Pesto! – wykrzyknęłam
– Pesto? Miałyśmy nic już nie kupować…
– och Pesto ze szpinaku!
– eeee…?  Okkaaayy… - odpowiedziały bez wiary dziewczyny.


Jak powiedziałam tak zrobiłam. Wyskoczyłam podekscytowana i zestresowana. Pesto? Uwielbiam pesto, ale ze szpinaku? Zobaczymy, zobaczymy…




Potrzebowałam:
  • 3 duże garście liści szpinaku
  • garść liści bazylii
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżki orzechów włoskich
  • 2 łyżki startego sera Grana Padano
  • 1/4 szklanki oliwy z oliwek
  • sól, peperoncino, pieprz, cukier do smaku



Orzeszki rozdrobniłam blenderem (polecam w wysokim pojemniku blendowa, jeśli nie posiadacie blendera z pojemnikiem). Umyte i osuszone liście szpinaku zaczęłam drobno szatkować, a po chwili mnie olśniło, że skoro udało się orzechy rozdrobnić za pomocą blendera tym bardziej uda się to ze szpinakiem.




 Dodajemy wszystkie składniki i mieszamy razem. Ja przełożyłam moje pesto do słoiczka i odstawiłam na ok. 2h.



Dziś na obiad penne z pesto ze szpinaku ;)

Penne należy ugotować wg instrukcji na opakowaniu. Odcedzić, dodać pesto oraz tarty ser, a następnie wymieszać i gotowe. 

Smacznego!





9/11/2013

Słodki ekspres





Nie zdarza Wam się czasem tak, że zostajecie z białkiem od jajka i ni w ząb nie wiecie, jak je wykorzystać? Moją pierwszą myślą zawsze są bezy! Jednak jeszcze nie znalazłam w sobie wystarczająco dużo odwagi i cierpliwości, by w końcu spróbować je wyczarować. 

Kilkanaście dni temu odkryłam ciekawy przepis na kruche ciasteczka. Zainspirował on mnie do poeksperymentowania ze składnikami, które mam w lodówce. Ze składników proponowanych w znalezionym przepisie miałam tylko… mąkę. Było to jednak wystarczająco, by piłeczka skacząca na mojej głowie zatrybiła.

Wykorzystałam:
- białko
- ok. 10 dag. masła w temp. Pokojowej
- 1 op. cukru wanilinowego
- 1 łyżka cukru pudru
- ok. 2 szkl. mąki pszennej + na podsypanie




Masło połączyłam z cukrami za pomocą trzepaczki. Dodałam białko i dalej ubijając dodawałam mąkę. Gdy trzepaczka zaczęła mnie irytować, wyrzuciłam składniki z miski na blat i szybko zagniotłam. Rozwałkowałam – cieniej lub grubiej, zależnie od kaprysu – i wykrawałam kształty. 
Pozbawiona na obczyźnie jakichkolwiek foremek posłużyłam się nożem. Serduszka. Łyżeczką zrobiłam wgłębienie, do którego nakładałam mało słodki dżem brzoskwiniowy i na kilka minut do piekarnika nagrzanego do ok. 180 stopni. 





Ostudzone dodatkowo ozdobiłam lukrem.


Zielone paskudztwo


Czy faktycznie paskudztwo? 
Do niedawna szpinaku unikałam jak ognia. Nigdy nie jadłam i nie odczuwałam potrzeby skosztowania tej zielenizny.
Wszystko się zmieniło, gdy wylądowałam w mieszkaniu z lodówką po brzegi wypełnioną szpinakiem. 
Nie lubię marnować jedzenia, więc trzeba było go wykorzystać.
I? Iiiiii poleciało. Szpinak stał się podstawowym dodatkiem prawie każdej potrawy.

dlatego dziś...


Moje pierwsze risotto! w wersji bardzo studenckiej ;) rosół na kostce rosołowej + parówka zamiast kurczaka :)

potrzebowałam [na 1 porcję!]:
  • 2 garści ryżu
  • 2 garści świeżego szpinaku
  • 0,7l rosołu wołowego z kostki rosołowej
  • 1 parówkę z kurczaka
  • 0,5 pomidora
  • 0,25 cebuli
  • 1 ząbeczek czosnku
  • 50g parmezanu
  • sól, pieprz, peperoncino
  • 1 łyżeczka gęstej śmietany
  • oliwa z oliwek



Parówkę pokroiłam w talarki. 
Oliwę z oliwek wymieszałam z przyprawami i razem z czosnkiem i cebulą wrzuciłam na rozgrzaną patelnię, po chwili dodałam parówkę. 
Po ok 3 minutach przełożyłam wszystko do miseczki, a na tę "brudną" patelnię wrzuciłam ryż i 1/4 kostki masła. 
Podsmażałam ok. 3 minuty na małym ogniu, po czym dolałam rosół. Gdy ryż był już miękkawy, a rosół prawie całkowicie odparował dorzuciłam szpinak, dusiłam tak jeszcze chwilę. Następnie dodawałam resztę składników. 
Podałam gorące z listkiem świeżej bazylii.


9/01/2013

Smak domu






„Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą przez uszanowanie
Dla darów Nieba…
… tęskno mi Panie.”



Smak domu

Chleb kojarzy mi się z domem. Od ponad dwóch tygodni żywimy się chlebem tostowym. Jednak, co to za chleb, gdy nie ma w nim duszy?
Niestety nie należę do osób cierpliwych, a miałam straszną ochotę na ten smakołyk. Przerzuciłam Internet do góry nogami poszukując przepisu wpasowującego się w produkty, które posiadałam w naszym mieszkanku. Coś znalazłam (klik) , coś zmodyfikowałam (niewiele) i oto powstał. Szybki chlebek.
Proporcje na jeden mały bochenek
  1. 300g mąki pszennej
  2. 20g świeżych drożdży
  3. 1 łyżeczka cukru
  4. 1 łyżeczka soli
  5. 1 łyżka dowolnych przypraw (wykorzystałam szczyptę rozmaryny, pieprzu i peperoncino)
  6. duża garść pokruszonych płatków śniadaniowych
  7. 4/5 szklanki wody
  8. Drewniana łyżka ;)




Wszystkie sypkie składniki (1,3,4,5,6) wymieszałam w misce. Zrobiłam wgłębienie, do którego pokruszyłam drożdże, zalałam wodą i od razu delikatnie wymieszałam. Mieszając miałam w głowie mnóstwo ciepłych myśli. Zawsze, gdy coś piekę staram się pozytywnie myśleć. Babcia mi zawsze powtarzała, że od tego zależy czy nasz wypiek się uda. Od tego czy robimy to co robimy z miłością… Moje myśli krążyły wokół babci. Przypomniało mi się jak byliśmy mali, siedzieliśmy za stołem i czekaliśmy na kromkę (czy piętkę nieważne). Każdy chleb ma tylko dwie, ale babcia potrafiła tak dla nas obkroić chleb, by każdy dostał tę część. Ale najważniejsze było co innego. Babcia zawsze zanim rozpoczęła nowy bochenek- całowała go i kreśliła znak krzyża na nim. Ten obrazek w mej pamięci zawsze mnie porusza…

Wracając do teraźniejszości - Miskę przykryłam ściereczką i odstawiłam w nasłonecznione miejsce do wyrośnięcia.

I…
w tym momencie znów spojrzałam do przepisu i się wystraszyłam. Cukier wsypałam za szybko, przed wymieszaniem wszystkich składników nie poczekałam aż drożdże „ruszą”…

Cóż pozostało mi czekać.
Odczekałam 30 minut. Zajrzałam pod ściereczkę – jupi! Rośnie :D
Okay, wytrzymam kolejne 30 minut.
Wysmarowałam formę oliwą z oliwek i posypałam bułką tartą. Nagrzałam piekarnik do 50 stopni.
Ciasto z miski przerzuciłam delikatnie do formy, próbując uformować z niego owal za bardzo nie naciskając. I myk do piekarnika na 20 minut.
Po tym czasie podkręciłam temperaturę do 200 stopni i piekłam jeszcze ok. 40 minut.















Tak.  Tęsknię…